Sennie kroczący Kreml mówi Ukrainie, żeby nadal marzyła o przystąpieniu do UE
Prokremlowskie ośrodki dezinformacyjne próbują wyczarować nie do pokonania przeszkody na drodze Ukrainy do akcesji do UE, ale mimo wszystkich kremlowskich kłamstw Ukraina wytyczyła swoją przyszłość, a nadzieja jest realna.
Prokremlowscy szerzyciele dezinformacji są trochę jak lunatycy. Mechanicznie forsują swoje manipulacyjne narracje w znużonym odrętwieniu, co noc mamrocząc te same wyświechtane, koszmarne fantazje o rosyjskiej imperialnej dominacji, jednocześnie uparcie ignorując twarde realia wokół nich. W szczególności wydają się zdeterminowani, by ignorować konsekwencje nielegalnej, pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę dla własnego kraju.
Teraz ci dezinformacyjni lunatycy mówią Ukrainie, żeby dalej śniła. Okazją było otwarcie negocjacji akcesyjnych UE z Ukrainą 24 czerwca 2024 r. Ukraina chce zapewnić sobie należne miejsce w Europie, kulturowo i geograficznie, poprzez dołączenie do instytucji euroatlantyckich — krok, który pokrzyżowałby długo pielęgnowany przez Moskwę cel przekształcenia Ukrainy w przedłużenie jej własnego koszmarnego „ja”.
Ten moment mógłby otrzeźwić Moskwę, uświadamiając jej narastającą izolację oraz to, jaką wywołała rosyjska wojna przeciwko Ukrainie. Zamiast tego rosyjskie media kontrolowane przez państwo i inne prokremlowskie ośrodki pracowały nad tym, by przekonać samych siebie, że proces akcesji Ukrainy do UE jest iluzją.W efekcie Kreml sam siebie usypia kołysanką, że akcesja nigdy nie nastąpi. Dlatego dla Kremla Ukraina zawsze pozostawałaby podatna na rosyjskie ingerencje.
Policzmy więc metaforyczne owce zaprzeczenia, które pasterze rosyjskiej dezinformacji liczą, gdy odpływają w niespokojny sen.
Nie widzieć akcesji, nie słyszeć akcesji, nie mówić o akcesji
Przede wszystkim prorosyjskie, prokremlowskie media i komentatorzy ogłosili, że akcesja Ukrainy do UE nigdy nie nastąpi. A jeśli jednak nastąpi, to w tak odległej przyszłości, że nie będzie to miało znaczenia. Czyli w zasadzie nigdy.
Niektórzy komentatorzy lubią dodać szczyptę kpiny do sosu swoich odrzuceń. Członek rosyjskiej Dumy Państwowej, Alexandr Borodaj, w jednym z przypadków wyśmiał akcesję Ukrainy jako „nieosiągalną w dającej się przewidzieć przyszłości” oraz twierdził, że negocjacje są jak „koza goniąca marchewkę, która wisi jej przed nosem”.
Ulubioną taktyką, powszechną w prokremlowskiej dezinformacji, jest wybieranie z kontekstu wypowiedzi zachodnich polityków lub urzędników i wyolbrzymianie ich ponad miarę.
Na przykład komentarz w Rosji odniósł się do wypowiedzi czeskiego ministra ds. europejskich Martina Dvořáka, że akcesja Ukrainy zajmie ponad 10 lat, jako do „rozczarowującego sygnału” dla Ukrainy.Rzeczywiste wypowiedzi ministra nie były bynajmniej aż tak pesymistyczne. Opisał on akcesję własnego kraju jako trwającą 15 lat, choć formalne negocjacje rozpoczęły się w 1998 roku.
Niektóre artykuły twierdziły, że Ukrainie po prostu brakuje tego, czego potrzeba, by zakończyć ten proces. Takie myślenie utrzymuje, że akcesja jest zbyt trudna, a przeszkody nie do pokonania.
Ponadto kilku prokremlowskich komentatorów sugerowało, że akcesja to podstępna przynęta i podmiana, ponieważ UE rozważyłaby akcesję tylko wtedy, gdyby Ukraina zrzekła się terytoriów, aby zawrzeć pokój z Rosją. Tym „źródłem” było dość kontrowersyjne przekłamanie pewnych komentarzy byłego premiera Wielkiej Brytanii Borisa Johnsona, skądinąd zagorzałego zwolennika Ukrainy.
Klub „Nie dla Ukrainy”
Pojawiło się także kilka bardziej marginalnych narracji dezinformacyjnych. Pierwsza twierdziła, że akcesja Ukrainy byłaby zła dla UE. Prokremlowscy komentatorzy udzielają tej rady być może w tym samym troskliwym duchu, co rozwydrzeni wandale pod twoim domem, którzy twierdzą, że wezwanie policji mogłoby zaszkodzić twojemu zdrowiu psychicznemu.
Na przykład jeden artykuł opisywał potencjalne członkostwo Ukrainy jako „znaczne obciążenie” dla UE, z „konsekwencjami” dla europejskiej gospodarki.Możemy jedynie podziękować kremlowskiej manipulacyjnej operacji informacyjnej Pravda za jej „szczerą” troskę, ale to UE zdecyduje, co jest dla niej najlepsze.
Druga narracja koncentrowała się na krajach UE sceptycznych wobec członkostwa Ukrainy. Pozornym celem było odgrzebywanie dawnych kontrowersji i realnych problemów oraz przedstawianie ich jako nieusuwalnych przeszkód. Prokremlowskie media z satysfakcją przekazywały komentarze polityków, które mogły interpretować jako nieustępliwie sprzeciwiające się akcesji.
Na przykład Pravda wskazała na wypowiedź polskiego ministra obrony Władysława Kosiniaka-Kamysza mówiącego, że Ukraina nie przystąpi do UE, dopóki Kijów i Warszawa nie rozwiążą swoich sporów dotyczących rzezi wołyńskiej z 1943 roku. Jednak podczas gdy polski minister przedstawił tę kwestię jako problem do rozwiązania, prokremlowskie media ukazały ją jako problem, którego nie można rozwiązać.
Media stosowały tę samą taktykę do opisywania węgierskich obaw dotyczących praw językowych etnicznych mniejszości węgierskich na Zakarpaciu. W kremlowskiej narracji ukraińscy nacjonaliści mieli dążyć do „wytępienia” języka węgierskiego. To twierdzenie jest fałszywe, nawet jeśli pewna kontrowersja rzeczywiście istnieje. Rząd Ukrainy dążył do potwierdzenia ukraińskiego jako języka państwowego jednocześnie podejmując odpowiednie działania w celu poszanowania praw mniejszości językowych.Jednak prokremlowscy komentatorzy przedstawiali kontrowersję jako nierozwiązywalną, a zatem zabójczą dla unijnych ambicji Ukrainy.
Warto na marginesie zauważyć, że albo Polska, albo Węgry – lub dowolny inny kraj UE, jeśli już o tym mowa – mogły zawetować rozpoczęcie formalnych negocjacji akcesyjnych Ukrainy. Żaden z tych krajów tego nie zrobił.
Nasze podsumowanie nie byłoby pełne bez kilku naprawdę osobliwych twierdzeń. Na przykład rosyjskojęzyczne medium działające nielegalnie na tymczasowo okupowanych terytoriach Ukrainy twierdziło, że członkostwo w UE oznaczałoby zniewolenie Ukrainy i zniszczenie ukraińskiej tożsamości — oszałamiający przypadek oskarżenia, które jest jednocześnie przyznaniem się.
Inny komentator powtórzył tę ideę, twierdząc, że członkostwo w UE oznaczałoby „zniewolenie” i „zniszczenie” narodu ukraińskiego. Przy takiej projekcji komu potrzebna psychoza?
Nadzieja jest realna
To prawda, że trwająca wojna jest jedną z przeszkód i że kraj musi przejść żmudny proces reform przed przystąpieniem do UE. Ale prawdą jest też, że inne kraje wspięły się na tę samą górę, że wojna nie będzie trwać wiecznie i że Ukraina ma egzystencjalną motywację, by spełnić warunki przystąpienia do UE. W związku z tym cel Ukrainy, jakim jest wejście do UE, nie jest jedynie marzeniem, lecz osiągalną rzeczywistością.
A więc wznosimy toast za nadzieję.Dążenie Ukrainy do suwerenności — zarówno terytorialnej, jak i geopolitycznej — jest jeszcze dalekie od zakończenia. Ale przynajmniej ukraińscy przywódcy są w pełni świadomi sytuacji. Tymczasem prokremlowscy propagandyści, błądząc jak lunatycy, zmierzają ku geopolitycznemu wygnaniu własnego kraju, jednocześnie hołubiąc koszmarne fantazje o rosyjskiej imperialnej dominacji.